Pragnę Cię serdecznie powitać na moim blogu poświęconym największej pasji – literaturze.
Od dawna zastanawiałem się jak mógłbym ocalić od zapomnienia teksty twórców, którzy nie mieli możliwości ani nawet szansy na rozpropagowanie swojej twórczości. Najbardziej zależy mi na tych autorach, którzy publikowali jeszcze na początku minionego wieku.
Jak piękna i przejmująca była to literatura można się przekonać chociażby na niewielkiej „wyrywce” mojego ulubionego autora Włodzimierza Korsaka:
„Nie zwracając uwagi na postać moja, skurczona za krzakiem, nalatywały tuż blizko, krążąc coraz niżej. Aż wreszcie, furkocąc skrzydłami, opuściło się pierwsze stadko na ziemię na brzegu błotka i wnet, biegnąc szybko ku wodzie, znikło w trawie. Natychmiast nadlatywać zaczęły inne, aż powietrze zaroiło się nademną, a na twarzy poczułem wiatr od licznych skrzydeł.
Właśnie też i słońce wyjrzało z poza piaszczystych barchanów i oblało złotem wspaniały widok kłębiących się w powietrzu ptaków. Tuż blizko widziałem niektóre z nich na ziemi i zachwycałem się ich harmonijnemi i nad wyraz zgrabnemi ruchami. Siedząc spokojnie, kręciły główkami i wyciągały szyje okrągłym ruchem, to znów przebiegały szybko z miejsca na miejsce, skurczone w sobie, z wystawionym poziomo ostrym ogonem, nieuchwytnie przebierając krótkiemi nóżkami.
Powietrze wibrowało wkoło od delikatnych, gruchających tonów, wydawanych przez siedzące ptaki, które ugasiły już pragnienie i coraz liczniej wybiegały z trawy na suchy brzeg, aby tu strzępić i muskać dziobkiem pióra, wstrząsać się i najeżać w jaskrawych promieniach radosnego słońca. Nieuchwytne te głosy, spotęgowane przez nieskończoną ilość wydających je gardziołek, wypełniały powietrze przeciągłym, jednostajnym tonem, przedziwnie zharmonizowanym z otaczającą wkoło pustynią, blado błękitnem niebem i złotemi strzałami słońca.
Byłem tak olśniony i oczarowany, że zapomniałem o strzelaniu. Zdawało mi się, że jestem cząstką tej otaczającej mię przyrody, że czuję w sobie samym te pierwotne instynkty, rozkazujące tysiącom ptaków wkoło mnie cieszyć się z nadejścia dnia, odczuwać rozkosz cudownego poranku i nieograniczonej niczem swobody dzikich dzieci pustyni. Jakby przeczuwając moje przeżycia, ptaki najmniejszej na mnie nie zwracały uwagi, roztaczając przed memi zmysłami barwny światek swych przyziemnych krzątań i niezrównany koncert złączonych w jeden hymn głosów.
Siedziałbym tak bez końca, patrząc i słuchając, gdy wtem, w chwili, gdym się przyglądał, jak najbliżej siedząca parka czuliła się ze sobą, jak para gołębi i to się całowała dziobkami, to muskała się wzajem po piórach głowy i szyi; — zafurkotały skrzydła po przeciwległej stronie błotka i dojrzałem zbliżającą się postać Garula.
Zatrzęsło się powietrze od skrzydeł porywających się tysięcy ptaków. Wir jakiś powstał mi nad głową, a jednocześnie pierzchła ułuda wspólnej sielanki, a do serca napłynęła przemożna żądza łowiecka. Zerwałem się z za krzaka i wystrzeliłem dwa razy do odlatujących ptaków.
— Czemu mało strelal? — pytał Garul.
Machnąłem tylko ręką, nie wiedząc, jak wytłumaczyć staremu dzikusowi moje odczucia. On też nie pytał więcej i zaczął mi pomagać w odszukiwaniu zabitych sztuk.
Przetrząsając starannie trawy na błotku, znaleźliśmy czternaście stepówek, a prawie drugie tyle leżało na suchych brzegach, widoczne wyraźnie na tle stwardniałego mułu.
Oglądając z bliska zabite ptaki, przekonałem się, że miałem istotnie przed sobą dwa gatunki. Większa, z ciemna plama na brzuchu była to stepówka czarnobrzucha (pterocles arenaria), a nieco mniejsza, upiększona żółto rdzawym poprzecznym pasem na piersi — turkestańska odmiana stepówki obrożnej (pterocles alchata Severtzowi).
Depcąc po błotku, zauważyłem odciski kopyt, więc na brzegu zacząłem je badać dokładniej. Były ich dwa rodzaje, jedne okrągłe, jak u konia, tylko znacznie mniejsze, a drugie podwójne małe raciczki, jak u naszej sarny. Domyślałem się ich sprawców, przywołałem jednak Garula i wskazałem mu na tropy.
— Kulan i dżejran prychadyt noczy pit — wyrzekł.
Nie myliłem się zatem: były to tropy kułanów, czyli dzikich osłów pustyniowych i lekkonogich antylop — dżejranów.
W powrotnej drodze nie było wykluczone spotkanie z ta piękna zwierzyna, ponieważ jednak miałem tylko śrótową dubeltówkę, więc nie mogłem liczyć na łowiecki rezultat, gdyż zwierzęta, czujne nad wyraz, nie dają się podejść, ani podjechać na strzał. Można by jedynie próbować szczęścia z karabinu, ale i to na bardzo niepewna metę 500 — 600 metrów.”
Jeśli chcesz mi pomóc to polecam odwiedzenie stron moich przyjaciół.