Ach! Te kobiety…

—    Ach! te kobiety, te kobiety. Niczego nie rozumieją. Nie mają wcale cierpliwości. Rozumieją wszystko źle i zamartwiają się bez przyczyny. Gdybyś mi pozwoliła mówić, ta ładna twarzyczka nie pobladłaby. Kocham bardzo twoją twarzyczkę i boli mnie, gdy wi­dzę na niej cierpienie.

I znowu tyrada — credo o zadziwającej szczerości i o treści tłumaczącej tak wiele w przyszłych polsko-francuskich stosun­kach:

—    Wiesz dobrze, Mario, że kocham twój naród. Moje intencje, moje poglądy polityczne, wszystko skłania mnie ku temu, by pra­gnąć całkowitego waszego odrodzenia. Chcę dopomóc wysiłkom waszego narodu, poprzeć jego prawa. Uczynię na pewno wszy­stko, co będzie w mojej mocy, jeżeli nie naruszy to moich obo­wiązków i interesów Francji. Sądzę jednak, że dzielą nas zbyt wielkie różnice. To, co mogę zrobić dzisiaj, może jutro ulec zni­szczeniu. Ale przede wszystkim mam obowiązki wobec Francji. Nie mogę pozwolić na przelewanie krwi francuskiej dla sprawy obcej interesom Francji; nie mogę uzbroić mego narodu, żeby biegł wam na pomoc, ilekroć to będzie potrzebne. Ze względu na nie­pewną przyszłość wysuwam na wszelki wypadek konieczność po­prawy losu mas — choćby to było uczynione kosztem pałaców — aby rozwinąć te siły powszechne, które stać się mogą trwałą pod­waliną waszego bytu, i zmusić waszych wrogów do milczenia.

(Jakżeby — słysząc to ostatnie zdanie — ucieszył się Kościusz­ko!)

—   Wierz mi, Mario — ciągnął dalej Napoleon — jednomyślność wysiłków i myśli całego waszego narodu jest tą straszliwą siłą, która może się przeciwstawić nawet więcej niż trzem wrogom. Ale ja będę pomagał, podtrzymywał, popierał, bądź tego pewna, we wszelkich okolicznościach. Bohaterscy Polacy, którzy walczyli przy moim boku, oraz ich tak słuszna sprawa mają wszelkie pra­wo do mego poparcia.

„W ten sposób uspokojono mnie i dano mi nadzieję, którą ja natychmiast ujawniłam, aby moi ziomkowie mogli się uradować i czuć szczęśliwi”.

Historycy francuscy, publikując pamiętnik pani szambelano- wej, wyświadczyli i Polsce, i Francji pewną, nie pozbawioną war­tości przysługę. Nie wątpiąc ani na chwilę w wiarygodność zwie­rzeń pani Marii (wiele okoliczności niezbicie za tym przemawia), mamy oto do czynienia z wyjątkowo lapidarnymi, ale i przekony­wającymi argumentami, świadczącymi o dużej słuszności postawy cesarza wobec zagadnień sprzęgających Polskę z Francją. Był prze­cież w końcu — choć z osobistego wyboru — Francuzem, obłęd­nie zakochanym w swej przybranej ojczyźnie, której powikłane wówczas losy uczyniły z korsykańskiego szlachetki bohatera wszystkich czasów. Cóż wobec Francji znaczyła szamocąca się w sieci, litość budząca Polska, kraj kontrastów i pokrętnych sy­tuacji, siedlisko wszelkiego rodzaju absurdów historycznych i obyczajowych, nawyków oscylujących między ciągotami ku Zachodowi a prasłowiańskim pobratymstwem ze Wschodem. Przepaść dzie­ląca towarzyskie szczyty od reszty społeczności polskiej wyda­wała się cesarzowi zadziwająca nie tylko zapewne przez swoją polską specyficzność. Nie zapomniał tyran, ustanawiający zresztą w Tuileriach etykietę prawie hiszpańską, o tym, że wychynął ku sławie z wielkiej rewolucji. Zupełnie wszakże zapomniał — dzi­wiąc się polskim społecznym kontrastom — że i we Francji owe kontrasty panoszyły się w najlepsze za jego właśnie panowania.

Ale wróćmy do pani szambelanowej.

„Robiłam postępy w niemym i tajemniczym języku, którego uczył mnie każdego wieczora, i wreszcie rozumiałam go lepiej niż Duroc. A kiedy okazałam, jak dziwi mnie ta jego umiejętność wyrażania jednocześnie wielkich myśli politycznych i najbardziej tajemnych odruchów serca (jako że i wśród ożywionej rozmowy, na widoku bacznego na wszystko tłumu, jego ukradkowe spojrze­nia, ruchy ręki i palców umiały dać mi do zrozumienia, co chce powiedzieć) — odrzekł:

— …Wiedz przeto, że muszę godnie wypełniać obowiązki pły­nące z pozycji, jaką osiągnąłem. Mam zaszczyt rozkazywać naro­dom. Byłem tylko żołnierzem, Mario, teraz stałem się dębem. Przy­glądają mi się, obserwują mnie, i z daleka, i z bliska.

Owa sytuacja zmusza mnie do grania roli, która częstokroć nie leży w mojej naturze, odgrywać ją muszę jednak nie tylko ze względu na ludzi, o których opinie i głosy mało się troszczę, ale ze względu na samego siebie, gdyż stanowisko, jakie zajmuję, nakłada na mnie obowiązki reprezentacji.

Podczas gdy wszakże dla wszystkich jestem dębem, chcę być * żołędziem dla ciebie jedynej, moja droga, moja słodka Mario. Czy rozumiesz? I jak mam postępować, kiedy nas obserwuje cały tłum, gdy chcę ci powiedzieć, że cię kocham? Ilekroć na ciebie spoglą­dam, uczuwam potrzebę wyrzeczenia tych słów, a nie mogę zbli­żyć się do twego ucha bez zwrócenia uwagi. Oto co mi daje umie­jętność, która cię tak dziwi.”

Zakończmy „cytacje” słów matki Aleksandra bardziej osobi­stymi wspominkami, które później tak bardzo wzruszały jej syna:

„Czytał w mej duszy: wypełniała ją czysta miłość ojczyzny bez żadnej myśli ubocznej, a błaganie go o nadzieję dawało w zamian ulgę.

Dobry, najlepszy marszałek Duroc również karmił mnie nadzie­ją. Kochał i poważał nasz naród. W przeddzień odjazdu cesarza rzekł do mnie:

—    Cierpliwości, osiągnie pani cel, który leży nam na sercu. Oświadczam pani, że całkowite odbudowanie pani ojczyzny jest na pierwszym planie jego politycznych zamierzeń. Żeby jednak działać skutecznie, trzeba najpierw usunąć bardzo poważne prze­szkody, z którymi uporamy się bez wątpienia.

Istotnie, nazajutrz po tej rozmowie przybyli kurierzy z Francji i ze wszystkich krajów Europy, co przyspieszyło odjazd Jego Ce­sarskiej Mości.

Blokada kontynentalna, poskromienie Hiszpanii, spiski angiel­skie, którym należało przeciwdziałać, powstrzymanie zapędów Austrii — oto były wielkie sprawy, które zajmowały go wyłącz­nie.”

A oto dialog jaki miał miejsce w przeddzień odjazdu cesa­rza:

—    Mario, jutro wyjeżdżam. Cięży na mnie wielka odpowie­dzialność. Jestem zmuszony odegnać burzę, gotową wybuchnąć nad moimi narodami. Czy pozbawisz mnie na zawsze twej obecności?