Doczekaliśmy się nocy i wschodu księżyca na szczycie. Bardzo to było młodzieńcze i romantyczne. Nic więc dziwnego, że wśród takiej dekoracji nawet moje rymy zabrzmiały o wiele dostojniej i piękniej.
Takie były moje pierwsze dni spędzone w Kazimierzu.
Zastanawiano się pewnie już nieraz, jaka jest tego przyczyna, że to urocze miasteczko i mały krąg pejzażu posiada tak dużo wielbicieli, a w szczególności wśród intelektualistów i ludzi sztuki. Że kto tu przyjechał, przyjeżdżać będzie stale.
Dlaczego taki na przykład młyn w Bochotnicy, który się przecież niczym specjalnym nie wyróżniał, malowany był tysiące razy i to niejednokrotnie przez wybitnych malarzy. <Nie ma go już, niestety, został spalony i zniszczony podczas ostatnich działań wojennych). A przecież z samych obrazów mających za temat Rynek kazimierski z kościołem farnym można by utworzyć niejedną bogatą galerię.
Jaki magnes ciągnie tam ludzi, mimo rażącego prymitywu, mimo braku jakichkolwiek urządzeń kanalizacyjnych i asenizacyjnych?
jsjie wiem, czy istnieje specjalne Towarzystwo Przyjaciół Kazimierza, lecz wiem, że krąg prawdziwych jego wielbicieli stanowi coś na kształt loży masońskiej, gdzie wtajemniczeni porozumiewają się za pomocą umówionych znaków i gestów, niezrozumiałych dla szerokich rzesz profanów.
Kazimierz przede wszystkim odkryli i rozsławili malarze, „literatura” włączyła się znacznie później. Gdyż nawet Rej i Kochanowski, którzy tu niegdyś często przebywali, nie pozostawili po sobie w tej materii żadnej pisanej pamiątki.
pisali o Kazimierzu ze znanych prozaików Maria Kuncewiczowa, Hanna Mortkowicz-Olczakowa, najwięcej i najpiękniej Adolf Rudnicki. On to właśnie starał się odpowiedzieć, na czym polega nieodparty urok Kazimierza:
„… nie ma w kraju drugiej takiej miejscowości, która tak łaiwo przywraca ludziom dar poezji, zachwaszczony wśród codziennych trudów i codziennej bezmyślności. W godzinę po przybyciu człowiek otrzymuje nowe odwoskowane uszy, przemyte oczy, młode serce… Kazimierz przywraca ludziom dar poezji, którą dyszy każda piędź ziemi”.
Tak, to niewątpliwie prawda, aczkolwiek zmieniło się tu wiele, bardzo wiele. Bo, kochani moi, ten Kazimierz, który dzisiaj oglądacie, to nie jest to, co było. Bezpowrotnie utracił swój specyficzny folklor i pewnych ludzi. A także część dawnej architektury i coś z pejzażu.
Na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku żył w Polsce malarz Zygmunt Vogel, przez przyjaciół swioch i znajomych „Ptaszkiem” zwany. Bywalec salonów „Pod Blachą” uwiecznił w swych rysunkach słynne bale oraz ówczesne królowe i królewny mody i urody. Ciekawy to był człowiek i artysta, więc dużo o nim warto byłoby powiedzieć. Ale to już innym razem. Ten to „Ptaszek” rozmiłowany w naszym rodzimym pejzażu, a ściślej w miasteczkach, zamkach i ruinach, fruwał po całej Polsce i z każdej podróży przywoził mnóstwo rysunków i akwarel. A specjalnie sobie upodobał nasz Kazimierz. Był dla tego miasta tym, czym Canaletto dla starej Warszawy.